Bliskie spotkania z foką

Od początku tego sezonu czuliśmy, że wyzwania związanego z tegorocznym SailBookCup nie sposób nie podjąć. Najdłuższe, prawdziwie morskie, z trójmiasta … płyniemy. Połączone siły sąsiadujących: Rastaban’a i Resumee utworzyły „czteroręczną” nie wiadomo dlaczego z angielska zwaną doublehanded J załogę.

O treningu przy dziku i QL już napisano dosyć, więc czas na start. Jako relatywnie niewielki jacht nie mogliśmy sobie pozwolić na drobne straty. Tracąc w bajdewindzie do większych, upatrywaliśmy swoich szans w technice, routingu i oczywiście spinakerze, pieszczotliwie nazwanym przez załogę Quicka „Hello Kitty”, a dosadniej z Endorphine „Beate Uhse” J wiadomo kolor: świńsko-różowy.

Po udanym starcie równy bajde. Nareszcie Hel, spinaker góra, przestajemy tracić. Wybieramy wariant zachodni, nie chcemy halsowania pod Gotlandię. Noc zastała nas w walce z See Bee na spinakery. Pęka nasz fał spina, wyciąganie żagla spod dna kosztuje rozdarcia. Da się używać, naprawimy w Visby. Wykorzystujemy fał sztaksla. Starcza na pół godziny. Rolka w maszcie tnie fał z powodu bocznego obciążenia od spinakera. Pozostaje topenanta grota. Przerzucamy nad salingiem i tym razem na sztagu wciągamy prowizoryczny bloczek wraz z zapasowym fałem spinakera. To właściwe rozwiązanie. Załoga żartuje: po co tyle fałów w maszcie – starczy jeden dobry do wciągania bloków.

Niedziela, mieścimy się po zachodniej od Gotlandii i spotykamy stawkę. Najpierw przez radio, później wzrokowo. Dla nas to już sukces, nie daliśmy się zgubić na długim przebiegu. Nadzieje na szybkie osiągnięcie celu są jednak płonne. Poniedziałek okazuje się dniem bez wiatru, jedyne ruchy powietrza związane są z termiką. Ten etap wygrałby pewnie pilot szybowca wyczuwający kominy wzbijającego się powietrza.

O świcie wstaję, patrzę – foka tuż przy burcie. Tomek mówi, że nęka go już od dłuższego czasu, puka w burty, wącha samoster. Na szczęście nie wsiadła. Cały dzień szukamy wiatru. Po południu podziwiamy skąpane w słońcu klify wyspy. Klify, w słońcu – płyniemy tam, może jakaś bryza przy samym brzegu. Wraz z zachodzącym słońcem to tez mija. Ale, jesteśmy w najlepszej pozycji do złapania bryzy odlądowej. W całkowitej ciszy ustawiamy spinaker i grota na prawy hals. Złośliwe pytania: o której na Gotlandii zaczyna się bryza wieczorna? Oczywiście, że o 20:00 odpowiadam. 19:59 poczuliśmy ją na żaglach. Finisz w pełnej bryzie, na spinakerze, obserwowany, jak się później okazało, przez Zbyszka ze Słoni ze skały otwierającej zatokę Visby pozwala nam na wejście do portu tuż za See Bee.

Bardzo zadowoleni z etapu, dzień polski, tydzień średniowieczny w urokliwym Visby. Świeże steki oliwki i wino na jachcie dopełniają sielanki. W bibliotece lokalnego uniwersytetu dostajemy pełen dostęp do Internetu i prognoz. Czas na planowanie powrotu, bezpośrednia konkurencja (See Bee) już ruszyła. Sklejamy spinaker, instalujemy nowe fały i gotowi.

Wychodzi nam start o 22 ale akceptujemy wspólny start pozostałych w Visby jachtów o północy. Choć nastroje bojowe zgadzamy się na przepuszczenie promu i start chwilę później, nie będziemy się z wielkim kłócić J. Wspaniały nocny start i bezpośrednia walka na spinakerach z konkurencją i siłami załóg do samego Faro z przepięknymi ostańcami na północnej plaży.

Następny dzień mija na pokonaniu wschodniego wybrzeża Gotlandii i zastanawianiu nad strategią przeskoku. Prognozy: wiatr zewsząd, cisza, znowu zewsząd i silny stabilny, przychodzący od południa zachód. Najnowsze wieści od Roberta z Endorphine: 25kn. Dla nas to już na tyle sporo, żeby unikać halsówki pod fale, wybieramy znowu wariant zachodni.

Wybór trafny dla malucha jak Resumee. Do 0430 do 20kn wiatru na pełnym zestawie żagli pod samosterem wiatrowym (to pierwszy sezon prototypu) jacht tak precyzyjnie i szybko żeglował, że cała załoga w liczbie 2 postanowiła iść spać, zbierając siły na późniejszy rozwój wypadków. Wyposażenie samotnika co 28 minut wysyłało któregoś z nas na kontrolę sytuacji na pokładzie.

Przed 05 wiatr szybko tężeje 23, 25kn i zachodnieje (Endorphine niedaleko mierzy 32kn). Fok marszowy, drugi ref i osiągamy 8,5kn w półwietrze. Oceniamy fale na 2-3m. To jest żegluga. Od trawersu Władysławowa spinaker i pędzimy do mety.

Pozostaje zatoka o zachodzie. Kto przeżył ten wie. Jacht z pełnego morza wpada w zmienne, kręcące wiatry. Na szczęście docieramy do Górek Zachodnich cali i niespecjalnie pokłóceni, co jak na naszą załogę jest wielkim sukcesem po takiej trasie.

Regaty całkowicie spełniły pokładane w nich nadzieje, pokazując wszystkie aspekty długiego morskiego pływania. Wielkie podziękowania dla organizatorów, wspaniałej reguły „gentelmen’s agreement” i wszystkich, z którymi mogliśmy to przeżyć.

Andrzej Kruszczyński

S/y Resumee

http://sailbook.pl/artykul/3253-bliskie-spotkania-z-foka-czyli-resumee-w-sailbookcup-13#.UhFEB5L0FCQ


Archiwum