Elbląska załoga

Dwa lata temu na nasze zalewowe regaty w Krynicy Morskiej przypłynął Jacek swoim Quickiem. Znaliśmy się jeszcze z czasów kiedy pływał na Verde, wiec zaraz po zakończeniu wyścigów zasiedliśmy do wspólnych pogawędek przy mało znanej wówczas beczułce QL. To właśnie tamtego pamiętnego wieczoru Jacek opowiedział o swoich regatach i po raz pierwszy zaprosił mnie do wspólnego ścigania się na morzu.

I tak z Zalewu Wiślanego trafiliśmy na Sailbook Cup. Już po raz drugi, bo pierwsze podejście (niestety wówczas ze względu na pracę ja byłem w teamie brzegowym) było w edycji 2012, lecz wówczas z uwagi na awarię sprzętu załoga zmuszona była wycofać się w wyścigu. Zabawne, bo gdy tylko udało nam się nawiązać kontakt ze sztormującą na morzu załogą zapadła decyzja, że w przyszłym roku Gotland będzie nasz. No i proszę..

Ale zanim wyruszyliśmy z Elbląga do Górek Zachodnich trzeba było się trochę przygotować, bo jednak morskie pływanie różni się trochę od pływania po naszym rodzimym Zalewie. Nic, że o tym, że płyniemy wiedzieliśmy już rok wcześniej – wszystko i tak jak zwykle odbywało się w biegu i w napięciu (to jest ta fajna adrenalina, która podkręca atmosferę całej wyprawy). Ostatnie trzy wieczory a w zasadzie także i noce spędziliśmy na dyskucjach, planowaniu, załatwianiu, doposażaniu i instalowaniu. Ostatecznie plotery, nawigacje, mapy, navtex, radia, sprzęt ratunkowy, pasy, jedzenie, picie i czekolada znalazły się na swoim miejscu. Nawet żagli ani żadnego członka załogi nie zapomnieliśmy. Sukces. Z nastawieniem na ciekawą przygodę „kopnęliśmy w keję”.

piątek 02.08.2013r.

Po całodziennej przeprawie z Elbląga dotarliśmy do Górek Zachodnich w piątek po południu. Powitał nas nie kto inny jak sprawca tego całego zamieszania w osobie Jacka. Szybkie tankowanie, klar, ostatnie ładowanie akumulatorów i.. dzik.

sobota 03.08.2013r.

Ze świeżymi siłami w drodze spod prysznica trafiliśmy na odprawę. Potem na sailbook.pl pojawiły się nasze gustowne zdjęcia z ręczniczkami autorstwa Oli – prawie jak z plaży. Nic dziwnego, że teraz znajomi śmieją się ze mnie, że nie pojechałem na regaty na morze, tylko się opalać nad morzem. Wszystko przez Olę. Straciłem wizerunek..

Później był start w samo południe. Jeszcze później morze i morze, i morze dookoła. O czym tu pisać. Pierwszy dzień upłynął raczej spokojnie, mimo ścisłego podziału na wachty (2 + 2 co 8 godzin), cała załoga siedziała w kokpicie i patrzyła na znikający w oddali Hel. Z resztą nie tylko on znikał za horyzontem, bo najszybsze jachty także powoli stawały się co raz mniejsze, ale ciągle widoczne, a to działało na nas mobilizująco i nie pozwoliło odetchnąć nawet na chwilę. Po zachodzie słońca rozsądek podpowiadał, że należałoby jednak przytulić koję by nad ranem dać w pełni sił odetchnąć jadącej w nocy wachcie. Opowiadając wrażenia z rejsu, żartując mówię, że podobno w nocy była burza, ale nie potwierdzam bo spałem.. a tak naprawdę leżałem w koi i obserwowałem cudowne błyski na niebie oraz to jak Łukasz z Krzysiem uciekają przed burzą i refują grota. A potem zaczęło padać. Aby uniknąć nadmiernego skakania w górę i w dół nie kładłem się w koi na dziobie a w mesie, tuż pod zejściówką, miałem nadzieje, że pozwoli mi to przespać spokojnie choć kilka godzin – niestety jak zaczęło padać okazało się, że moja miejscówka do najsuchszych nie należy i mimo szprycbudy deszcz zacinał mi prosto do przytulnego śpiworka. Nie wyspałem się.

niedziela 04.08.2013r.

Niedzielny poranek przywitał nas piękną, słoneczną pogodą. Istnie plażowo, z wiatrem podobnie. Poranna toaleta dostarczyła także informacji pogodowych, gdyż wyświetlacz od navtexa został zainstalowany właśnie w toalecie, tak aby w pozycji siedzącej wygodnie oddać się lekturze (ot taki mały żarcik armatora) – ostrzeżeń nawigacyjnych brak, wiatru w zasadzie też. Pocieszające było to, iż mimo że byliśmy najmniejszym jachtem w regatach, po nocy nadal kilku uczestników pozostawało w zasięgu naszego wzroku. To był ciekawy dzień, gdyż bez ustanku ścigaliśmy się z Anitrą, raz ona wysuwała się na prowadzenie raz my. Gdy przeskoczyliśmy „autostradę” dla statków u wybrzeży Gotlandii znaleźliśmy swój wiatr i odjechaliśmy poza zasięg wzroku. Gdy przyszedł wieczór minęliśmy już południowy cypel Gotlandu. O 20.00 wyszedłem z Michałem na wachtę nocną, wiatr ucichł a południowy jego kierunek wymusił jedyną słuszną reakcję, spinaker góra.. 1.3 kt. potem na chwilę 3.1 kt. i spadek na 0.5 – 0.6 kt. i tak całą noc. Dobrze, że fala z czasem się uspokoiła, to spowodowało, iż żagle nie ogłupiały swym przerażającym dźwiękiem i dały pospać pozostałej dwójce. Gdy zrobiło się jasno uznaliśmy, że praktycznie jesteśmy w tym samym miejscu co wieczorem, no może kilka mil na północ.. to była długa noc..

poniedziałek 05.08.2013r.

.. i długi dzień. Piąta rano, spinaker dół, genaker góra, genaker dół, spinaker góra, spinaker dół, genua góra, genua dół, spinaker góra. W końcu wiatr ustalił jeden kierunek, można było odpocząć – tyle żagli w kokpicie.. na czym by tu się położyć.. sen. Pojawiła się mgła. Śniadanie. Mgła zgęstniała, widoczność 15 m. Prędkość nie wzrosła – „stoimy powoli do przodu”. Kąpiel z fokami. Około 14.00 widoczność wróciła, prędkość 1.2 kt. kierunek wiatru bliżej nieznany. Płyniemy i płyniemy a dookoła ciągle wybrzeże Gotlandii. Około 21.00 zobaczyliśmy stroposkopowe światła w okolicach Visby. Zaczęły pojawiać się delikatne podmuchy wiatru, a prędkość wzrosła do oszałamiających 2.0 kt. O 22.30 w końcu pojawił się wiatr na tyle stabilny i silny, że łódka zaczęła posuwać się w akceptowalnym tempie w kierunku mety. Gdy już praktycznie witaliśmy się z główkami portu wiatr wzmógł się na tyle, a jego kierunek wyostrzył, że nie udało nam się wjechać na metę na spinakerze. Tuż przed główkami rozrolowaliśmy genuę i pospiesznie ściągnęliśmy spina, dreszczyku emocji dodawał widok powiększającego się za naszymi plecami promu wchodzącego w te same główki tego samego portu, ale jak regaty to regaty. Visby 23.45.

wtorek 06.08.2013r.

Wyspani i ożywieni powędrowaliśmy na podbój Visby. Malowniczo położone, pełne urokliwych budynków i przepełnione turystami. Miłym zaskoczeniem był dna nas tydzień szwedzki, podczas którego wszyscy mieszkańcy chodzili po ulicach poprzebierani w stroje ludowe rodem ze średniowiecza. Wrażenia bardzo pozytywne. Zabawne uśmiechy wywołał u nas wiszący na wystawie sklepowej żyrandol wykonany z kolczastego drutu za jedynie 4.900 koron. Tanioszka. Odkryliśmy niszę rynkową – już zaczęliśmy produkcję, szukamy chętnych, którzy zajmą się eksportem – ktoś zainteresowany??

środa 07.08.2013r.

Wieczorem udaliśmy się z Krzysiem na nocne zwiedzanie wyspy. Wracając około 23.40 spotkaliśmy w porcie Olę, która ze swoim naturalnym uśmiechem powiedziała nam, że o północy wypływamy. Ok. A mieliśmy się wyspać. Po dobie w Visby okazało się, że prom wpływa tu regularnie o godzinie 00.00 codziennie – tym razem postanowiliśmy go przepuścić. 00.13 minęliśmy główki – żegnaj Szwecjo, wrócimy za rok. Spinaker góra – przyznam, że to był drugi w moim życiu start w regatach na spinakerze, pierwszy był w Rosji.. Całą noc ja spędziłem z brasami w obu dłoniach, Łukasz za sterem; mobilizacja pełna bo trzymaliśmy stawkę w zwartym szeregu. Ale opłacało się wytężyć, ranek powitaliśmy na drugiej pozycji spośród jachtów startujących razem z Visby.

czwartek 08.08.2013r.

Tak pełna emocji rywalizacja trwała wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Gotlandu. Dopiero wieczorem wiatr zaczął się wzmagać, co dodało mocy większym i dłuższym jednostkom. Nawet nie zauważyliśmy kiedy JacekQuickiem nas przeskoczył i tyle go widzieliśmy. Navtex wyświetlił komunikat o silnym wietrze mogącym dość nawet do 25 kt. Nastała cisza, wiatr osłabł znacząco, kierunek wiatru zmienił się na południowo-zachodni. Zaczęło wiać co raz mocniej. Podjęliśmy decyzję o zrzuceniu grota. Świadomi prognozy rozważaliśmy ewentualne konfiguracje żagli. Stopniowo zaczęła wypiętrzać się fala. Braliśmy udział w regatach, wiec postawiliśmy zarefowanego raz grota i genuę. Jedziemy. Wiatr zaczął się wzmagać, w miejsce genuy stanął fok. Ekstremalna nocna jazda.

piątek 09.08.2013r.

Około 10.00 wiatr ustabilizował się. Rozglądając się dookoła ustaliliśmy naszą pozycję w stawce – Qick Livener przed nami, Bystrze i Resumee na obu trawersach Endorpihie i Anitra za nami – jest o co walczyć, rozrolowaliśmy genuę. Chwilę później postawiliśmy pełnego grota. Fale były już tak duże, że co czwarta delikatnie przelewała się przez pokład. Szczytowa odnotowana prędkość przy zjeździe z fali 9.4 kt. Widok radości Michała siedzącego za sterem – bezcenne. W okolicach południa wiatr osłabł. Około 17.00 już na spinakerze powitaliśmy Zatokę, o 21.00 prawym trawersem minęliśmy Hel. W nocy, po ominięciu pojawiającego się znikąd „statku widmo” naszym oczom ukazały się główki Górek Zachodnich. Meta 00.13. Płynąc Wisłą Śmiałą do JSG minęliśmy s/y Hobart elbląskiego armatora z zaprzyjaźnioną załogą, pozdrawiając się wzajemnie wiedzieliśmy już, że się udało. Ponad 500 mil za nami, a my nie dość że w pełni sił to jeszcze w świetnych humorach.

Podsumowując stwierdzam, iż była to świetna przygoda i wspaniała lekcja żeglowania. Emocje towarzyszyły nam od samego początku aż po kres naszej przygody. Jako załoga wydaje się, że stanowiliśmy zgrany zespół, który potrafił sobie poradzić w każdej sytuacji, zarówno w tych, które tu opisałem jak i tych, które zostaną kiedyś opowiedziane w żeglarskim gronie. Z lokalnego punktu widzenia przykre jest to, iż byliśmy jedynym jachtem, który reprezentował elbląskie środowisko żeglarskie w tych regatach, a przecież regatowców u nas nie brakuje. Startowaliśmy na jachcie s/y Facil w składzie: Łukasz Politański – kapitan, Michał Orzoł, Krzysztof Boss oraz ja – Adam Kapczyński.

Podziękowania należą się także naszemu teamowi brzegowemu za permanentne wsparcie oraz przekazanie wiedzy i sprzętu niezbędnego podczas regat – w szczególności należą się one Stefanowi Politańskiemu, który udostępnił nam w pełni wyposażony i przygotowany do morskiej żeglugi jacht. Ponadto podziękowanie kierujemy także do sponsora głównego naszej wyprawy na Gotland firmie OTIS Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą Elblągu.

Jednakże największe podziękowania należą się Jackowi Zielińskiemu, który wszystkich nas ściągnął na Sailbook Cup 2013 i zapewnił moc atrakcji i wspaniałych wrażeń płynących z żeglarstwa morskiego. W ramach podziękowania zapewniam Cię Jacku, że spotkamy się na Visby w przyszłym roku, podczas kolejnej edycji Sailbook Cup.

Adam K. Kapczyński

Jachtklub Elbląg

s/y Facil


Archiwum